15 czerwca 1941 roku na rynku miejskim w Gąbinie, przy ogrodzeniu kościoła, niemieccy okupanci rozstrzelali mieszkańców miasta i okolic. Osiemdziesiąt pięć lat później mieszkańcy naszej gminy oddali hołd pomordowanym.
15 czerwca 1941 roku w Gąbinie rozegrała się jedna z najtragiczniejszych kart w historii naszego miasta i okolic. Niemieccy okupanci, w odwecie za śmierć niemieckiego żandarma odnalezionego w okolicy Ciechomic, dokonali egzekucji dziesięciu mieszkańców Gąbina i okolicznych miejscowości. To bolesne wydarzenie na trwałe zapisało się w pamięci lokalnej społeczności jako symbol okrucieństwa i przemocy czasów wojny.
Obchody 85. rocznicy tego dramatycznego wydarzenia miały szczególny charakter i zgromadziły dzieci, młodzież, mieszkańców, przedstawicieli organizacji społecznych oraz samorządu gminnego i powiatowego. Uroczystości odbyły się 15 czerwca przy odnowionym pomniku rozstrzelanych mieszkańców Gąbina, będącym symbolem pamięci i hołdu dla ofiar.

W wydarzeniu uczestniczyli m.in. wicestarosta płocki Waldemar Zawadzki, radny powiatowy Krzysztof Ledzion, Burmistrz Miasta i Gminy Gąbin Krzysztof Jadczak, przedstawiciele szkół, harcerze, strażacy z OSP Gąbin, przedstawiciele Towarzystwa Miłośników Ziemi Gąbińskiej, Związku Piłsudczyków Oddział Gąbin oraz lokalnych stowarzyszeń i grup społecznych. Honorową wartę przy pomniku, zgodnie z wieloletnią tradycją, zaciągnęli harcerze z 58. Gąbińskiego Szczepu Harcerskiego „Gradiam” im. Romualda Rojewskiego ps. „Lew”, oddając hołd ofiarom tragicznych wydarzeń sprzed 85 lat.
Spotkanie rozpoczęła dyrektor Szkoły Podstawowej w Nowym Kamieniu, pani Ewa Chrząszczewska, która podkreśliła znaczenie pielęgnowania pamięci historycznej oraz konieczność przekazywania jej kolejnym pokoleniom.
Następnie głos zabrała pani Jadwiga Maksiewicz, córka Anny Kuczmańskiej – wieloletniej mieszkanki Gąbina i naocznego świadka tragicznych wydarzeń z 1941 roku. Przedstawiła historię swojej rodziny oraz wspomnienia związane z tamtymi dramatycznymi chwilami. Zwracając się do dzieci i młodzieży, powiedziała: „Gdy dorośniecie, dbajcie o pokój w Polsce i na świecie…”, apelując o pielęgnowanie wartości, które chronią przed tragedią wojny, odczytała wzruszający wiersz autorstwa swojej mamy opisujący tragiczne wydarzenia 1941 roku.
Modlitwę za pomordowanych odmówił ks. Karol Frankowski, przypominając o znaczeniu miłości, wzajemnego szacunku i dobra, które stanowią fundament trwałego pokoju.
Burmistrz Miasta i Gminy Gąbin Krzysztof Jadczak podkreślił wyjątkowy charakter miejsca, w którym odbywały się uroczystości. Wyraził satysfakcję z tego, że pamięć o ofiarach jest nadal żywa i pielęgnowana przez mieszkańców. Zwrócił również uwagę na szczególną wartość wspólnego uczestnictwa w takich wydarzeniach przedstawicieli różnych środowisk i pokoleń – od najmłodszych dzieci, poprzez uczniów i młodzież, aż po dorosłych mieszkańców, społeczników oraz samorządowców.
Po uroczystym złożeniu kwiatów przez przybyłe delegacje, na zakończenie uroczystości symbolicznego zapalenia zniczy, dokonali Burmistrz Miasta i Gminy Gąbin oraz uczniowie Szkoły Podstawowej w Nowym Kamieniu oraz delegacje poszczególnych szkół.
15 czerwca 1941 roku niemiecka żandarmeria rozstrzelała dziewięciu mieszkańców Gąbina i okolic jako odwet za śmierć niemieckiego żandarma w okolicy Ciechomic. Ponad stu mężczyzn uwięziono i przetrzymywano przed egzekucją w kościele parafialnym na gąbińskiej starówce. Dwóch z nich zabito jeszcze przed rozstrzelaniem. Egzekucji dokonali członkowie jednostki specjalnej Waffen-SS, którą dowodził Friedrich W. Hegenscheidt. W Gąbinie egzekucją dowodził prawdopodobnie Sturmbahnfurer Helmut Heisig. Zbrodniarze wojenni odpowiedzialni za rozstrzelanie mieszkańców Gąbina i okolic po wojnie uniknęli kary.
Wspomnienia Jana Borysiaka dot. tragicznego wydarzenia opublikowane w (Echo Gąbina, 6/2001)
"10 czerwca doszły do Gąbina wieści, że na drodze do Ciechomic, niedaleko wsi Grabina znaleziono żandarma zamordowanego nożem lub bagnetem. Napełniło to lękiem mieszkańców Gąbina, gdyż spodziewali się ostrych represji. Niedługo na nie trzeba było czekać, bo nazajutrz 11 czerwca. miejscowa policja wspomagana przez członków SS i NSDAP rozpoczęła aresztowania Polaków z Gąbina. Żandarmeria natomiast z przedstawicielami hitlerowskich organizacji w podległych jej okolicznych wioskach dokonywała aresztowań. Wszystkich tych Polaków osadzono w kościele. Smutek ogarnął polskie społeczeństwo, a szczególnie ból i niepokój przeżywały rodziny uwięzionych. Z kościoła dochodziły rzadkie, ale przygnębiające wiadomości. Aresztowani musieli stać przez kilka godzin z podniesionymi do góry, założonymi do tyłu, albo za kolana rękami. Na ambonie i w jednym z dużych konfesjonałów, co stał pod chórem, zamontowano lekkie karabiny maszynowe. W innych konfesjonałach siedzieli policjanci z karabinami gotowymi do strzału. Prócz tego aresztowani byli otoczeni drutem kolczastym, przybitym do stojących na sztorc ławek. Gdy się który energiczniej poruszył lub odezwał do sąsiada, hitlerowcy rzucali z chóru lub z ambony krzesełkami. Wskutek tego kilku raniono. Niektórym z uwięzionych trudno było stać przez wiele godzin i mdleli. Oblewano ich zimną wodą i bito po twarzy. W nocy musieli pokotem leżeć na gołej posadzce. Nie mogąc wyjść. załatwiali się często pod siebie. Mimo to wielu rodaków zachowywało się bardzo dzielnie, co zaskoczyło nawet pilnujących hitlerowców. Szczególnie nieugiętą postawę zachował Marian Rojewski. Krzepił załamujących się towarzyszy niedoli, intonował pieśni religijne min. "Serdeczna Matko". Dzielnie też trzymał się drugi gąbiniak - szewc Jan Balcerowski, który kilka razy śpiewał "Pod Twoją Obronę" (rel. Jana Fortuny, Mariana Rojewskiego i Stanisława Jasińskiego).
Czterech więźniów próbowało ucieczki, gdy prowadzono ich na przesłuchanie na posterunek. Byli to: Jan Kurpias z Juliszewa, Władysław Kowalik z Guzewa, Kazimierz Wańtuchowicz z Kamienia, Franciszek Jędrzejczak z Zycka Polskiego. O czekającej ich egzekucji dowiedzieli się od znajomego członka Hilfspolizei Repscha i prawdopodobnie od Żydów, którzy przynosili aresztowanym do kościoła kartofle i wodę. Tym ich tylko karmili hitlerowcy.
Jan Kurpias i Kazimierz Wańtuchowicz uciekali przez łąki w kierunku Traktu Kamińskiego. Wańtuchowicz znając dobrze okolice, zdołał zbiec. Kurpias był wyczerpany i nie orientował się w polnym otoczeniu Gąbina. Ukrył się w pobliskim zbożu między Traktem Kamińskim a Traktem Lipińskim. Niestety, ktoś wskazał ścigającym zbiega hitlerowcom to miejsce. Ujęli go, a członek NSDAP Haintz Pether wystrzelił mu w nogę z pistoletu 6 lub 8 kul. Wskutek dużego upływu krwi Kurpias wkrótce skonał. Policjanci polecili Żydom zanieść go pod kościół.
Franciszek Jędrzejczak pobiegł na pobliskie łąki, leżące między ulicą Browarną a Gostynińską. Dotarł na posesję Wacława i Walentyny Jankowskich, którą po wysiedleniu prawowitych gospodarzy otrzymał Wołyniak Emil Schmytke. On to zabiegł drogę uciekającemu, raniąc go widłami zanim nadbiegli ścigający go policjanci oraz inni Niemcy. Jeden z policjantów lub żandarmów uderzył go kijem w głowę. Pozostali zaczęli go bić i kopać. Wkrótce nieprzytomnego, a może już w agonii wlekli w kierunku kościoła. Gdy dowlekli go do ul. Browarnej, wracający ze szkoły chłopcy w uniformach Hitler Jugentd zaczęli kopać nieszczęśnika i pluć na niego. On też wkrótce skonał.
Władysław Kowalik również próbował ucieczki przed samą egzekucją. Ujęli go jednak przy furtce wychodzącej na ulicę Kościelną (koło dzisiejszego pomnika) i zastrzelili. Podobno zabił go Albert Voth.
Zamknięci w kościele wiedzieli, że czeka ich śmierć, o tym świadczą grypsy, które pisał do najbliższych Józef Stachowski.
W sobotę 14 czerwca już od rana Żydzi zatrudnieni na przymusowych robotach miejskich ustawiali pod murem cmentarza kościelnego ścianę z worków wypełnionych piaskiem (w miejscu gdzie dziś stoi pomnik). Na miasto padła trwoga, a serca polskie ścisnął niewypowiedziany ból. Rodziny uwięzionych ogarnęła rozpacz. Pogodna sobota upłynęła dla rodaków w Gąbinie w grozie zbliżającej się śmierci ich współbraci.
Nazajutrz, w słoneczną, ciepłą niedzielę 15 czerwca już kilka minut przed 8.00 hitlerowcy rekrutujący się spośród miejscowych Volksdeutschów w mundurach SS, NSDAP, a nawet strażackich, wypędzali z domów wszystkich Polaków, nie szczędząc kobiet, starców a nawet lżej chorych. Całą polską ludność prócz małych dzieci spędzono na plac po spalonych w 39 roku domach, gdzie dziś znajduje się skwer. Uzbrojeni policjanci, żandarmi SS i SNDAP otoczyli na placu Polaków. Niektórzy z mieszkańców Gąbina twierdzili, że widzieli wymierzone w nich lufy dwóch karabinów maszynowych.
O godzinie 9.00 po pięciu powiązanych sznurem za ręce, aby któryś nie uciekł, wyprowadzili bocznymi drzwiami z kościoła. W tłumie Polaków słychać było płacz i przejmujące łkanie. W tym czasie z "Remizy" dobiegały skoczne melodie. Podobno Niemcy do grania ich przymusili orkiestrę. Wtem na podstawiony stolik wszedł jakiś wyższy rangą członek SS, który po niemiecku, a potem po polsku odczytał wyrok śmierci na 10 Polaków w Gąbinie i 10 w Gostyninie za zamordowanie Niemca. Wyprowadzono z kościoła resztę uwięzionych i ustawiono nieopodal w dwa rzędy. Wkrótce potem mundurowi pchnęli dziewięciu skazańców ku ścianie śmierci. Padła komenda Feuer. Gruchnęła salwa. Jeden ze skazańców, jeszcze przed komendą do strzału próbował wznieść jakiś okrzyk. Zdążył coś niewyraźnie krzyknąć, ale wkrótce przeszyła mu głowę kula. Po salwie zaległa cisza przerywana pojedynczymi strzałami z pistoletu. To dowódca kolumny egzekucyjnej dobijał tych, którzy dawali jeszcze znaki życia.
Pod ścianą śmierci leżało z roztrzaskanymi głowami 9 Polaków. Byli to:
- Franciszek Płażewski - szewc z Gąbina,
- Jan Potomski - robotnik z Gąbina,
- Władysław Poliński - piekarz z Gąbina,
- Wacław Strzelecki - szewc z Gąbina,
- Józef Stachowski - sklepikarz z Topólna,
- Stanisław Korpowski - kupiec z Gąbina,
- Władysław Kowalik - rolnik z Guzewa,
- Władysław Maciejewski - lekarz z Sannik,
- Jan Skonieczny - rolnik z Sannik.
Do listy tej trzeba dodać zamordowanego podczas ucieczki Jana Kurpiasa - rolnika z Gór.
Rozstrzelani przeleżeli cały dzień na bruku wąskiej uliczki Kościelnej. Wieczorem kazali Niemcy Żydom przenieść ich do jednego z garaży "Remizy". W nocy zaś między godziną 22.00, a 23.00 platformą otoczoną przez policję i SS wywieźli zwłoki na drogę leśną prowadzącą do Grabia, gdzie w dwóch dołach, po 5 w każdym kazali Żydom ich zakopać. Udeptali i wyrównali ziemię, przejechali po niej wozem aby wyżłobić koleinę dla przejeżdżających tą drogą.
W poniedziałek 16 czerwca o godzinie 16.00 przyjechała wysoka ciężarówka służąca do przewozu bydła. Na nią załadowali więźniów z kościoła. Od strony szoferki siedzieli z bronią gotową do strzału policjanci. Gdy ciężarówka ruszyła, podążył za nią wojskowy odkryty samochód z wymierzonym w jadących karabinem maszynowym. Wywieziono ich do Gostynina, skąd zabrano tamtejszych więźniów, a stamtąd odtransportowano do Inowrocławia, skąd nie wszyscy powrócili."
źród. informacji: wspomnienia Jana Borysiaka (Echo Gąbina, 6/2001)
Opracowanie i fot.: A. Świerzyński

















